Towarzystwo
Inicjatyw Wydawniczych
w Radomiu
Wtorek 7 września 2010
Melchiora, Reginy, Ryszardy
2010-07-04 00:30:00, autor: Paulina Matysiak
Dla dobrej zabawy zapal sobie maszka z kolegami. Przed sprawdzianem wciągnij amfę, a na dyskotece wczuj się w rytm muzyki z ecstasy. Ale uważaj, policja jest na tropie... Dzięki niej radomski rynek narkotyków jest najdroższy, a dilerzy zwijają interesy.
Jakie narkotyki
są modne w Radomiu
Najmodniejszym narkotykiem w Radomiu jest marihuana. Jest też stosunkowo tania. Jedna sztuka, czyli gram (sprzedaje się ją w małych foliowych torebeczkach) kosztuje 45zł. Do jej palenia używa się fifek, które można kupić prawie w każdym kiosku. Powoduje niedotlenienie mózgu, przez co palący wpada w nastrój otępienia, relaksu, ma napady śmiechu, czuje odprężenie i spokój. Wysusza błony śluzowe i powoduje krótkotrwały kaszel. Najczęściej stosuje się ją wśród znajomych, na domowych imprezach i grillach. Wszyscy mają dobry humor i świetnie się bawią.
Kolejnym popularnym narkotykiem jest amfetamina, czyli biały proszek. Wciąga się ją nosem, spożywa drogą pokarmową bądź wprowadza do organizmu dożylnie. Jej koszt to 40zł za sztukę. Daje przyrost energii, sprężenie, pobudzenie i siłę. Osoby będące pod jej wpływem nie czują głodu ani senności. Niestety, często korzystają z niej nawet gimnazjaliści przed sprawdzianami. Po jej przedawkowaniu boli wszystko, włącznie z włosami i paznokciami. Szybko uzależnia, jednak jeszcze prościej można uzależnić się od kokainy, której działka kosztuje nawet 250zł.
Są również takie narkotyki, dla których ludzie uzależnieni są w stanie zrobić najbardziej upokarzające rzeczy. Przykładem może być świadczenie usług seksualnych dla zdobycia heroiny, co również miało miejsce w Radomiu.
Modne są również tabletki ecstasy. Piguły preferowane są głównie na dyskotekach. Pozwalają wczuć się w muzykę i dają lepszą zabawę oraz „odlot”. Kosztują od 5 do 10 zł w zależności od tego, kto sprzedaje. Oprócz znanych narkotyków, używa się również „halusów” , czyli halucynogennych grzybów rosnących na leśnych polanach. Zatruwają żołądek i powodują halucynacje.
Ten, kto zdaje sobie sprawę z tego, że narkotyki nadużywane są tak nagminnie, próbuje walczyć ze zjawiskiem. – Mieliśmy kiedyś takiego nauczyciela w „samochodówce”, u którego nie było żadnych egzaminów. Wyczytywał nas z listy i sprawdzał żyły. Jak ktoś miał normalne ręce zaliczał, ten kto miał wkłucia, nie zdawał. Kolegę ugryzł komar i choć było widać, że to ugryzienie, to i tak nie zdał - opowiada 32-letni radomianin.
Jak wygląda obrót
narkotykami
Narkotyki bardzo łatwo można dostać, choć nie każdy może osobiście dostąpić tego „zaszczytu”. - Łatwo jest je nabyć, bo nawet jak nie znasz dilera, to możesz sobie przez kogoś załatwić. Jak chcę coś kupić, dzwonię do koleżki, ustawiam się i podjeżdżam. Nie mówię po co jadę, ani w jakim celu. Każdy doskonale wie o co chodzi. Identyczna sytuacja, jakbym chciał sobie kupić papierosy, czy pół litra z mety. Jak nie znasz dilera, trzeba szukać po znajomych, dzwonić, dowiadywać się kto ma do tego dostęp. Zazwyczaj dostaje się je nawet z piątej ręki. Czasem trzeba pojechać do osoby z drugiego końca miasta, zawieźć tę osobę do dilera, żeby dla ciebie kupiła, a potem odwieźć ją do domu. Nikt z tym nie stoi, bo za duży przypał, dlatego ciężko jest namierzyć dilera. Oni często zmieniają numery, dają towar tylko znajomym, a ci dalej rozprowadzają po swoich znajomych. Nie spotkałem się, żeby było jakieś miejsce, gdzie można kupić, choć pewnie są. W pewnym lokalu na Plantach zawsze mogłem od kogoś odkupić, ale to byli znajomi, którzy mieli więcej - mówi „Zielony” z Radomia. Sprzedaż takich narkotyków w zależności od okoliczności oraz osób, które nimi handlują wygląda różnie. Niektórzy dilerzy sprzedają na ulicy i stałych miejscach typu róg za szkołą, bar, inni robią to w domu. Zaczyna się od hurtownika, czyli osoby, która hurtowo sprowadza narkotyki z Holandii lub coraz rzadziej z plantacji w Polsce. Mowa o marihuanie. Jeśli chodzi o cięższe używki, każdy przeciętny chemik może w warunkach domowych wyprodukować np. amfetaminę. Zazwyczaj robi się to w domu lub wypożycza garaże. Dalej narkotyki trafiają do dilera, a na koniec do żołnierzy, czyli osób które kupują często, dużo i sprzedają dalej.
Dilerzy żyją
w ciągłym strachu
Zarówno osoby kupujące narkotyki, jak i handlarze często mają problemy z policją lub prywatne wpadki. - Raz pojechaliśmy po grzybki halucynogenne. Mieliśmy karteczkę od kumpla jak one wyglądają, ale się pomyliłem. Najadłem się innych grzybów i strasznie bolał mnie brzuch i głowa. Znaleźliśmy potem te, co były dobre, ale już mi się nie chciało ich jeść, tak mi było niedobrze. Innym razem matka spuściła mi w toalecie dziesięć sztuk zielska. Z policją też miałem wpadki. Kilka lat temu byliśmy z kumplami w barze w Tychach i postanowiliśmy zapalić maszka (marihuana). Była tam jeszcze jedna ekipa. W pewnym momencie podchodzi do mnie wielki facet od tych drugich i pokazuje mi odznakę. Na szczęście sprawa rozeszła się po kościach. Zobaczyli nasze dowody z mazowieckiego i pomorskiego, przeszukali nas, nic nie znaleźli i dali nam spokój. Innym razem wracaliśmy z ryb. Kumpel bawił się światełkiem w zapalniczce. Ciągle mrugało. Kazaliśmy mu przestać, ale nie słuchał i nagle słychać koguta, pojawiają się „psy” i jadą za nami. Zaczęli nas przeszukiwać, ale nic nie znaleźli, choć każdy z nas miał po sztuce. Nawet nie chciało im się szukać. To była rutynowa kontrola, a oni sami byli jacyś tacy niewyraźni - opowiada dalej „Zielony”.
Radomska policja budzi postrach wśród dilerów
Radomska policja nie daje się zbić z pantałyku. Dzięki niej, coraz ciężej jest kupić narkotyki w naszym mieście. - W Radomiu narkotyki są najdroższe. Kupowałem już z Warszawie i na Pomorzu, praktycznie w całej Polsce i wszędzie jest taniej. Dzieje się tak ze względu na ciętą policję - objaśnia 34-letni „Siara”. - Jest coraz ciężej, bo dużo osób pozamykali i nie ma kto rozprowadzać. Poza tym konkurencja się kosi. Jedni donoszą na drugich. „Psy” łapią młodych szczeniaków, którzy się boją i zaczynają sypać. Kiedyś niemal na każdym osiedlu były „fabryki” amfy, ale polikwidowali je właśnie ze względu na policję, która wszędzie węszyła. Jak mają jakieś podejrzenie, to robią wjazd na chatę, delikatny kipisz i szukają. Jak coś znajdą, to „pucha” (więzienie), 3 miesiące sanek (sankcja), a potem po rozprawie wszystko się wyjaśnia i albo siedzisz, albo znów to robisz - mówi 34-latek.
Nie każdy ma tyle szczęścia, co „Zielony” i „Siara”. Ciężki los mają dilerzy. „DJ A.” z radomskiego blokowiska sprzedawał narkotyki pod jedną ze szkół podstawowych. - Stałem się za bardzo pazerny i sprzedawałem wszystkim. Policja mnie dziabnęła, odsiedziałem do wyroku, a potem udało mi się wyplątać. Bogaty wujek oczywiście uwierzył mi i pomógł. Dziś nadal mam kontakt z zielskiem, ale tylko dla mnie i znajomych, już tym nie handluję - mówi były diler. Dwudziestojednoletni Mikołaj miał jeszcze mniej szczęścia. Nie dość, że zajmował się dilerką, to jeszcze postanowił rozszerzyć profesję otwierając nieistniejącą firmę trudniącą się niezbyt czystymi interesami. Dziś ukrywa się za granicą kraju.
Policja pilnuje również bezpieczeństwa lokali. - U nas nie ma handlu narkotykami pod barem. Każdy dziwny gość wyprowadzany jest przez ochronę. Czasem zdarzało się, że ktoś palił marihuanę w toalecie, ale takie osoby są wyrzucane. Mamy monitoring i współpracujemy z policją. Policjanci często nas odwiedzają, więc żaden diler nic u nas nie sprzeda – mówi kelnerka Strefy G2. Jak podaje Magdalena Siczek z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji, w Serocku doszło do zatrzymania dwóch mężczyzn, którzy mieli uzupełnić radomski rynek o kolejne 2 kg amfetaminy o wartości 80tys. zł. Dzięki czujności pułtuskich policjantów mężczyźni usłyszeli zarzuty wprowadzania do obrotu amfetaminy. Za popełnienie przestępstwa grozi im kara do 10 lat więzienia. Poczynania naszych policjantów i wpadki dilerów są przestrogą dla tych, którzy myślą o łatwym zarobku.
Dodaj komentarz:
Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75
wdrożenie: www.zaginionestudio.pl