Reklama

publicystyka, repotraże

pozostale wiadomosci

Od rolnika do milionera

2010-07-06 18:59:00, autor: Grzegorz Stępień

Stanisław Życki pochodzący z maleńkiej wioski pod Radomiem żyje dziś jak król. Okazały dom z ogrodem, piękna narzeczona, mercedes w garażu, a na podjeździe jeszcze audi A8. Już nikt nie pamięta, że kilkanaście lat temu ledwo wiązał koniec z końcem, a mimo, że młody i przystojny, o ożenku nie chciała myśleć żadna panna z okolicy.

Pole pod Jedlińskiem, odziedziczone po ojcu, Stanisław Życki przeklinał w przeszłości wielokrotnie. Licha gleba piątej kategorii, prawie sam piach, nie dawała plonów, a gospodarzyć trzeba było. Ot, taka zaszła potrzeba…

Niedola małego Stasia
Był rok 1988, kiedy młody 23-letni wówczas chłopak, został ciężko doświadczony przez los. Matka zmarła, kiedy był jeszcze w szkole podstawowej. Musiał pomagać ojcu w gospodarce, a że rola nie odwdzięczała się „złotem”, bywało, że i do ust nie było czego włożyć. Wóz ciągnięty przez niemłodą już kobyłę wyjeżdżał bladym świtem, a wracał wieczorem. To na nim Stasio Życki jeździł do lasu, przywiązywał konia do drzewa, a sam zbierał jagody i grzyby, żeby potem za grosze sprzedać je przy drodze. Jeść coś przecież było trzeba, a na piachu ani warzywo, ani owoc, ani nawet zboże rosnąć nie chciało. – Ciężko było – wspomina dziś pan Stanisław.
Miał 21 lat kiedy upomniała się o niego armia. Wcześniej skończył technikum rolnicze, a że uczył się dobrze chciał iść na studia. Nie poszedł. W domu ciągle brakowało pieniędzy, a na dodatek ojciec zaczął chorować. Stasio jest jedynakiem, nie mógł liczyć na nikogo. - Cóż było robić, zapomniałem o Politechnice, wróciłem na ojcowiznę – opowiada. Długo na niej nie pobył, bo listonosz przyniósł bilet z wojska i trzeba było spełnić patriotyczny obowiązek. Odsłużył 13 miesięcy. Właśnie wychodził na przepustkę, kiedy do jednostki dotarła hiobowa wieść. Zmarł jego ojciec. – Zostałem sam, jak ten palec, na dodatek z ośmioma hektarami piachu zamiast i morgą lasu – jeszcze dziś wzrusza się mężczyzna.

Grunt to pieniądze
Zaczął gospodarzyć. Ciężko było jak diabli, bo przecież lichej ziemi nie zmieni się w żyzną, a żadnych rąk do pomocy widać nie było. Drewniany dom z dachem jeszcze krytym strzechą potrzebował pilnych napraw, bo bez nich przyszłoby Stanisławowi (tak zaczęli na niego mówić sąsiedzi) spać pod gołym niebem. Ale pieniędzy brakowało na wszystko. – Kobieca ręka by się przydała – radzili życzliwi. Ale za biednym chłopakiem, ani która się obejrzała. A na dyskotekę, czy nawet wiejską potańcówkę, nasz bohater nie miał czasu. – To co zostało chciałem sprzedać w diabły, ale nabywców nie było, a jak już się jakiś znalazł to chciał zapłacić tyle, że nawet na kawalerkę w Radomiu by nie starczyło – tłumaczy Stanisław Życki.
Wtedy, pierwszy raz w życiu, los uśmiechnął się do młodego rolnika spod Jedlińska. W niedalekiej okolicy ziemię kupił jakiś dyrektor z Warszawy. Najpierw wybudował tam domek letniskowy, a potem piękny, całoroczny dom i sprowadził się razem z rodziną. Nie minęło pół roku, a do okna Stanisława zapukał, jak się później okazało, kolega owego dyrektora. Chciał kupić od niego hektar ziemi, nieużytku pod lasem, płacił gotówką. Życki nie wie teraz dlaczego, ale nie sprzedał wtedy gruntu. Postanowił poczekać. Za dwa miesiące oferta została ponowiona, a kwota podwojona. Stanisław uległ pokusie. Potem sprzedał, za jeszcze większe pieniądze cztery kolejne hektary, ale zaczął też działać. Przypomniał sobie, że gminny geodeta chodził z nim do podstawówki, a zdolny Staś pomagał mu często  matematyce. Po latach spotkali się i szybko dobili targu. Geodeta znał mapki z przeznaczeniem gruntów, a Stanisław dobrze rachował i miał pieniądze sprzedaży ziemi po ojcu. Wspólnie zaczęli wykupywać atrakcyjne tereny, żeby po roku sprzedać je z cztero-, pięciokrotnym zyskiem. Na jednej transakcji potrafili zarobić 50 tys. zł z zainwestowanych 20.

Koleżeńska spółka
Gminny geodeta pracował w terenie, jeździł po małych wioskach, doskonale wiedział, które grunty zostaną objęte planem zagospodarowania przestrzennego. Wiedział też, że wartość parceli objętej planem może wzrosnąć w ciągu dnia nawet o 50 procent. Na dodatek ceny wcześniejszych nieużytków, albo lichych gruntów rolnych zaczęli nakręcać deweloperzy i ludzie zakładający osiedla mieszkaniowe. A, że od kilku lat boom na domy za miastem nie maleje, Stanisław Życki skwapliwie na tym korzystał. – Czytałem, wertowałem Internet, dobrze wiedziałem, że trend zwany cohousingiem, który przywędrował do Polski z Zachodu będzie się jeszcze rozwijał – podkreśla już nie rolnik, a posiadacz ziemski i przedsiębiorca spod Jedlińska.
Jego prognozy sprawdziły się co do joty. Kiedy zniechęceni gigantycznymi cenami gruntów w miastach, inwestorzy zaczęli przenosić się na wieś, Stanisław Życki miał już ponad 100 hektarów działek w najbardziej atrakcyjnych miejscach, już nie tylko w okolicach Jedlińska. Jeszcze pięć lat temu, wykupywane były ziemie 10 km od Radomia. Dziś ta granica przesunęła się do 20 km, a ludzie wyruszają już na poszukiwanie ziemi nawet 30 km od stolicy regionu.

Biznes sam się nakręca
Przez ostatnie dwa lata kryzysu trend nieco się zatrzymał. Ceny gruntów już nie rosły jak oszalałe, ale i nie spadały. W porównaniu do lat ubiegłych, zyski pana Stanisława nie były już tak gigantyczne, ale naszego bohatera specjalnie to nie zmartwiło. W międzyczasie zdążył kupić wiele kamienic oraz mieszkań w Radomiu i Warszawie. I to wynajem powierzchni stał się jego głównym źródłem dochodu. Jest też udziałowcem kilku dużych sklepów, wytwórni napojów gazowanych i firmy budowlanej. O pozostałych interesach nie chce rozmawiać. – W biznesie tajemnica to podstawa, myślę, że to do czego teraz się przygotowuję, może być podobną bombą, jak kiedyś wykup ziemi – uśmiecha się tajemniczo.
W okolicy Jedlińska, Stanisława Życkiego znają wszyscy. I cenią za to, że choć opływa w dostatki, specjalnie się nie zmienił. W miejscu starej, drewnianej chaty postawił nowy, piękny dom, ale nie rażący przepychem. W stajni nie ma już starej kobyły, ale zamiłowanie do koni mu pozostało. Trzyma dwie klacze i jednego ogiera. Teraz chce dokupić jeszcze kilka koni rasy zimnokrwistej, przez sentyment do tych, które kiedyś pracowały na roli.
Stał się też miłośnikiem koni mechanicznych, choć własne ma tylko dwa auta – mercedesa i audi. Marki wybierał kierując się wygodą i funkcjonalnością. Kiedy chce zaszaleć, wypożycza rajdowego subaru imprezę.
Sąsiedzi, a właściwie sąsiadki mają mu jedynie za złe, że do tej pory się nie ożenił i żyje „na wiarę”. – Wierzę w miłość, ale czasy, kiedy byłem biedny nauczyły mnie ostrożności. Moją kobietę kocham i pewnie będziemy ze sobą na zawsze, więc nie widzę potrzeby formalizowania związku – wyznaje biznesmen. Niedługo urodzi mu się potomek – syn. Da ma na imię Józef, po dziadku. – Gdyby nie on i jego licha ziemia, pewnie nie miałbym dziś niczego – nie ma wątpliwości Stanisław Życki.
Od jemu podobnych różnił się tylko jednym – działał i działa w pojedynkę. Również dlatego, że kolega-geodeta, zachłysnął się w pewnym momencie bajecznymi zyskami, poszedł w tango, wdał się w hazard, alkohol, gubiły go kolejne kobiety. Dziś jest niemal degeneratem. Kiedy Stanisław Życki przejeżdża przez jedliński Rynek, widzi dawnego kompana stojącego pod monopolowym i żebrzącego na wino. Zawsze zatrzyma się i da mu na flaszkę. Więcej już nie może dla niego zrobić…
 

komentarze Czytelników (1)

2010-07-07 15:19:00 Monika

Z jakiej konkretnie miejscowości pochodzi ?

Dodaj komentarz:


max: 500 znaków

Informator radomski

Informacje
dla Czytelników i Klientów

Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75

wdrożenie: www.zaginionestudio.pl