Towarzystwo
Inicjatyw Wydawniczych
w Radomiu
Wtorek 7 września 2010
Melchiora, Reginy, Ryszardy
2010-07-15 07:30:00, autor: Anna Orzeł
Jest i marzycielem, i realistą. Zawsze był świetnie zorganizowany, starał się godzić obowiązki polityka z wychowaniem piątki dzieci. Teraz będzie Prezydentem Rzeczypospolitej. Jaki jest Bronisław Komorowski ? bo oczywiście o nim mowa ? prywatnie? Tygodnik Radomski jako pierwszy prezentuje Głowę Państwa od kuchni.
Rejs jachtem po Morzu Śródziemnym, to Pana największe marzenie. Doczekało się realizacji?
- Nie, ale marzenia mają to do siebie, że je warto mieć. Jak się zrealizują to na ogół zamieniają się w wspomnienia. Więc ja dalej marzę o rejsie po Morzu Śródziemnym.
Ale rozumiem, że jest Pan, przynajmniej teoretycznie, przygotowany?
- Oczywiście, że tak. Jestem żeglarzem, byłem prezesem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego oraz szefem Ligi Morskiej i Rzecznej, ale jakieś marzenia i cele zawsze trzeba mieć. To niezwykle ważne. Liczę na to, że kiedyś doczekam się ich realizacji.
Ale w czym problem? Brakuje czasu?
- Ooo czasu..., bo to już w tej chwili nie jest aż tak bardzo kosztowne. Jeżeli na taki rejs składa się cała załoga to, to są koszty porównywalne z wczasami w Polsce. Problemem nie są finanse, a głównie czas. Zwyczajnie nie mam kiedy popłynąć, zwłaszcza teraz.
A płynąłby Pan w charakterze kapitana, pasażera? Kogo?
- O nie, wie pani kapitana – nie. Mimo, że czuję się dobrze za sterem, to jednak trzeba znać specyfikę morza. Najczęściej jest tak, że żeglarze z Polski są załogantami, w imię zarówno bezpieczeństwa załogi, jak i samego jachtu. Nie powinienem być kapitanem od razu.
To może mógłby Pan być kucharzem? Znany z Pana smakosz, choć Pan to nazywa inaczej i mówi o sobie „łakomczuch”.
- Smakosz i łakomczuch na jednostce pływającej ma ograniczone możliwości działania. Więc na ogół najwięksi, najbardziej, że tak powiem zainteresowani, tę przyjemną stroną życia jaką jest stół, w przypadku żeglugi po ciepłych morzach odżywają w portach i to jest też podobno połowa przyjemności żeglowania w Grecji czy we Włoszech. Więc takim kucharzem mógłbym być (śmiech).
A lubi Pan tylko jeść, czy potrafi Pan też gotować?
- Nie, wie Pani, ja nie jestem jakimś wielkim łakomczuchem, ale...
No mówi Pan, że to największa wada, no to...
- Wada, no...
Chociaż nie widać tego po Panu.
- Nie, więc tak: walczę, walczę z tym, żeby nie ulegać pokusom, ale nie jestem człowiekiem takim, który dużo i chętnie gotuje. Natomiast kuchnia dla mnie nie stanowi wielkiej trudności. Jak trzeba to coś tam zawsze „upichcę”, ale to już był wymóg bycia ojcem piątki dzieci. Czasami trzeba było coś gotować bardzo prozaicznego, a od czasu do czasu – ale podkreślam to słowo „od czasu do czasu”, czyli nieregularnie, nie często rzeczywiście lubię coś zrobić ekstra i mam tutaj pewne osiągnięcia. Nie wiem czy one by się przydały na Morzu Śródziemnym. Największym moim kulinarnym osiągnięciem jest zupa rakowa z faszerowanymi rakami.
O Matko! To wyższa szkoła jazdy...
- Tak, ja też nie wierzyłem, że to jest możliwe. Zawsze moja babka opisywała mi jak to kiedyś właśnie jadano te zupy rakowe. Mówiła; „Bronek, ty nigdy już w życiu takiego czegoś nie zjesz, bo to jest tak czasochłonne. Nikt już tego nie przyrządzi”. Więc kiedyś w czasie wakacji, postanowiłem samemu sobie udowodnić i moim bliskim, że jest to możliwe. Dwa dni gotowałem – zupa była super.
Pięcioro dzieci. Trzy córki, dwóch synów - Zosia, Tadeusz, Maria, Piotr, Elżbieta. Ela jest najmłodsza?
- Tak, najmłodsza z rodzeństwa, nasze oczko w głowie.
Czy córki bardzo Pana rozpieszczają. Kibicują Panu bardziej niż synowie?
- Nie, córki są bardzo wymagające. Powiem tak, szczególnie najmłodsza jest taka...
Córcia tatusia?
- Tak, była pieszczona przez wszystkich, przez starsze rodzeństwo, ale generalnie córki mam bardzo pryncypialne, zasadnicze. Bywają wobec mnie szalenie krytyczne. To one mnie stale pilnują, żebym nie zjadł za dużo, krytykują jak im się coś nie podoba w moich wypowiedziach publicznych, pokazują pomyłki i błędy.
Czy wtedy kiedy czeka Pana ważne wystąpienie, ważne spotkanie, wybiera się Pan gdzieś, to musi się Pan im „zameldować”, pokazać córkom jak Pan wygląda czy dobry krawat, dobra koszula. One zwracają na to uwagę?
- Nie, nie ma czasu. Nie ma takiej możliwości. Ja zwykle wychodzę rano o godzinie ósmej – teraz nawet jeszcze wcześniej – i wtedy tylko żona poprawia mi przedziałek, akceptuje krawat. Córki co najwyżej krytycznie spojrzą i powiedzą, że mam brudne buty. A potem wracam wieczorem i czym prędzej zdejmuję garnitur i już nie ma czego krytykować (śmiech). Nawet gdyby chciały śledzić wszystko, co robię, to nie mają kiedy. Czas tak pędzi, że z marszu muszę wchodzić w różne kolejne role, funkcje i wystąpienia. Córki nie są moimi krytykami czy recenzentkami.
Dodaj komentarz:
Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75
wdrożenie: www.zaginionestudio.pl