Reklama

publicystyka, repotraże

pozostale wiadomosci

Jan Nowicki: Lubię jak czas przecieka mi między palcami...

2010-07-20 23:21:00, autor: Anna Orzeł

Zwiedził cały świat, uwielbia Kraków, ale zawsze wraca do małej miejscowości Kowala. To jest jego miejsce na ziemi... Jego, czyli Jana Nowickiego ? wybitnego aktora filmowego i teatralnego. I niezrównanego gawędziarza, o czym przekonaliśmy się sami.

Jest pan człowiekiem bardzo zapracowanym?
- Są tacy, którzy twierdzą, że jestem kompletnym leniem, że robię mało, za mało. Bardzo często jest tak, że ludzie, którzy mówią, że są zapracowani to uważają, że mówią pod swoim adresem komplement. Niestety, żyjemy w dość biednym kraju i musimy pracować bez przerwy, żeby mieć z czego żyć. Ale poważny aktor powinien mieć wpisane dwa góra trzy terminy rocznie. Ja mam ich więcej. W końcu  przez to życie trochę tych filmów nakręciłem, tych ról nagrałem, ale i tak nie nazbierałem dużych pieniędzy. Nie mam żadnych kont.
Czy jestem człowiekiem zajętym – uważam, że stanowczo za bardzo. Bo ja w tym świecie, który nas w tej chwili otacza, tak naprawdę to kocham wyłącznie książki, pory roku, pejzaże, a to wymaga czasu, spokoju... Powiem więcej, człowiek, który uważa, że powinien wszystko zrobić i wykorzystać czas maksymalnie, to jest dla mnie „paranoik”. Dlatego, że życie smakuje wtedy, kiedy przecieka nam między palcami, kiedy się nic nie zrobi w ciągu dnia, ale i tak jest się szczęśliwym. Człowiek zapatrzy się we wschód słońca, potem na zachód, wyjdzie nad jezioro, popatrzy jak mu się starzeje pies, weźmie jakąś książkę do ręki to jest dobrze przeżyty dzień. A to, że się zagra jeszcze jedną rolę albo napisze jeszcze jeden artykuł, no i co z tego?

No, ale przecież ma pan na koncie ponad 160 filmów. Do tego pan grał i gra w teatrze. Teraz pan pisze. No to jednak musi temu pan poświęcić dużo czasu?
- Oczywiście. Poświęcam, chociaż już od 15 lat uważam, że mi się nie opłaca plomby wymieniać, bo po co, jak i tak niedługo umrę. Dzisiaj rano wstałem o godzinie szóstej i musiałem napisać felieton, bo goni mnie termin. Ale żeby zaraz nazywać to pracą. Albo, żeby granie w filmie nazywać  pracą... Nawet jeśli człowiek się ubrudzi, umęczy. Zmęczenie jest czymś tak fantastycznym jak seks. No, człowiek musi się zmęczyć, chociażby po to, aby zrujnować zdrowie. Po co zdrowie zabierać do grobu?

Rozumiem, że gdyby  ktoś nazwał pana pracoholikiem, to by się pan czuł obrażony?
- No pewnie, że tak. Dużo bardziej niżby powiedzieli o mnie alkoholik czy erotoman. Wie pani  momentami byłem pracoholikiem, tylko powiadam raz jeszcze, ja nigdy tego nie traktowałem jako pracę. Ten kto traktuje granie jako pracę to jest „wariat”. Ja idę do teatru grać, a nie pracować. 

Studiował pan w Łodzi i Krakowie, ale w tak zwanym między czasie pracował pan w kopalni. Dlaczego w kopalni, co pan tam robił?
- Studiowałem w Łodzi faktycznie, ale to jest za dużo powiedziane. Zacząłem studiować, ledwie zacząłem już mnie wywalili. Najpierw mnie zostawili na pierwszym roku jeszcze raz, a potem mnie wywalili. Żywiłem bezgraniczną niechęć do wojska i jak w gazecie bodajże „Kurier Polski” wyczytałem, że kopalnia węgla kamiennego „Bytom 8” w Miechowicach, reklamuje od wojska, natychmiast tam pognałem i rok pracowałem pod ziemią. To wszystko.

Myślałam, że może to była praca umysłowa?
- Nie. Reklamowali tylko tych, którzy pracują pod ziemią. A poza tym moja umysłowość wtedy była tak „żadna”, że nie nadawałem się do pracy umysłowej.

Podobno jest pan antytalentem technicznym. Powiedział pan - „nie rozumiem nawet żelazka do prasowania”. Jak teraz żyć, kiedy w zasadzie człowiek nie może się obyć bez komputera, Internetu, komórki... Ma pan komórkę?
- Ciężko, proszę pani. Mam komórkę, w której nie rozumiem różnych funkcji. Nie wysyłam i nie przyjmuję żadnych SMS-ów. Mam faks, z którego nie korzystam. Mam DVD, którego nie włączyłem jeszcze ani razu. Mam CD, które rozumiem tylko przez chwilę, bo potem rok nie włączam i zapominam jak to działa. To nawet nie jest tak, że mam w sobie jakieś takie starcze braki rozeznania. Zwyczajnie tego nienawidzę. Poza tym zawsze byłem antytalentem, jeżeli chodzi o sprawy politechniczne. Kiedyś to się nazywało „wdziękiem”, a teraz -„degrengoladą”.

Dzięki internetowi mogłam sobie, np. obejrzeć pana akt urodzenia, który zamieszczono na stronie miejscowości Kowala?
- To jest Kowala, tak dokładnie. 

Oni są bardzo dumni z pana. Można tam też przeczytać, że to rodzinne miasto  króla Kazimierza Wielkiego, a zaraz potem, pod spodem „Jan Nowicki nasz rodak”. Jest pan zadowolony?
- Nieprawdopodobnie i to nie jest żadne kokietowanie moich ziomków, dlatego że za tym idą konkretne pociągnięcia, konkretne kroki. Z całą pewnością tam wrócę, dlatego wybudowałem dom. Mało tego, ja już tam powinienem wrócić. Tam na mnie czeka mój pies, mój koń, moje kozy, kury, moje jezioro. Także groby moich rodziców. Wszystko, co się dzieje między urodzeniem, a śmiercią jest tylko błahostką – miłość, zawód, sukcesy, pejzaże, kraje, smaki, alkohole. To wszystko jest drobiazg. Najważniejsze jest to skąd człowiek przyszedł i gdzie człowiek wraca. Ja tam mam jeszcze kumpli ze szkoły podstawowej, mam tam przyjaciół. Ja tam czuję się najlepiej. Tam nikt mnie nie traktuje na zasadzie wyjątkowości, normalnie jestem „Jasiulek” . Tak do mnie mówią. Tam czuję się dalej młody, tam czuje się potrzebny, a ponadto wie pani, ja już jestem wystarczająco dorosłym chłopcem, żeby wiedzieć, że to jest miejsce mi zdecydowanie najdroższe na całym świecie i tyle. Stamtąd wyfruwam, ale tam bez przerwy wracam.

komentarze Czytelników (0)

Dodaj komentarz:


max: 500 znaków

Informator radomski

Informacje
dla Czytelników i Klientów

Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75

wdrożenie: www.zaginionestudio.pl