::. REKLAMA
Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, 26-600 Radom, ul. Struga 60
Projekt, wykonanie i administracja: Robert Kotliński
Hosting; Onet.pl
Poland, Radom 2008
informator radomski
...................................................................................................
...................................................................................................
...................................................................................................
...................................................................................................
...................................................................................................
...................................................................................................
Kaskaderskie przygody
Adam Mosionek
Skakał z wysokości, ćwiczył upadki, markował bójki i potyczki - wszystko na rzecz popularnego programu telewizyjnego "Druga Twarz", gdzie miał się przeistoczyć w kaskadera. Nie spodziewał się, że ta przygoda uratuje mu kiedyś życie...
Jerzy Ługowski ma 34 lata i jest agentem ubezpieczeniowym w radomskim oddziale PZU. Przed pięcioma laty otrzymał niespodziewaną propozycję - udział w nowym wówczas programie telewizji TVN "Druga twarz". Jego idea - w ciągu miesiąca poznać zupełnie nowy zawód, a potem oszukać ekspertów, że jest się profesjonalistą. Pan Jerzy miałby zostać... kaskaderem.
- Telewizja TVN zwróciła się do naszej firmy z prośbą o wytypowanie kilku chłopaków - wspomina pan Jerzy. - Szefostwo wskazało mnie. Była to zabawna sytuacja ponieważ jakiś miesiąc wcześniej rozmawiałem z żoną na temat castingów i powiedziałem, że nigdy na żaden bym się nie zgłosił. No i rzeczywiście sam się nie zgłosiłem - to casting przyjechał do mnie! - mówi z uśmiechem pan Jerzy.
Decyzję o udziale w programie poprzedziła rodzinna narada. Najważniejsze było zdanie małżonki, która obawiając się o zdrowie męża pozwoliła mu jednak przeżyć wielką przygodę. Pan Jerzy nie wiedział jeszcze w co się pakuje...
Sala tortur
By dobrze przygotować się do tak trudnego zadania mężczyznę czekało gruntowne przeszkolenie. A czasu było niewiele - zaledwie miesiąc. Po przyjeździe do Warszawy z miejsca zaczęły się mordercze treningi z profesjonalnym kaskaderem Robertem Cichoniem, dublerem Stevena Seagala i Cezarego Pazury. Dla agenta ubezpieczeniowego przychodzącego na co dzień do pracy w garniturze i pod krawatem to był szok.
- Jak Robert mnie zobaczył, od razu powiedział "Jezus Maria, nieee maaa mooowy" - mówi pan Jerzy. - Nie wierzył, że może zrobić ze mnie kaskadera. Byłem zupełnie nieprzygotowany, zielony...
Trzy treningi dziennie okazały się prawdziwą katorgą. Praca na sali tortur zaczynała się o 8 rano. Najpierw trening ogólny dla polepszenia kondycji i sprawności. Potem ćwiczenia przewrotów, padów i szermierki.
- Byłem przerażony wysiłkiem jaki mnie czekał. Myślałem, że mnie zaorzą - dziś z uśmiechem wspomina. - Po pierwszych treningach nie mogłem się pozbierać, wszystko mnie bolało. Myślałem, że nie dam rady. W dodatku Robert był bardzo surowym trenerem. Mówił: "Nie obchodzi mnie, że cię boli. Masz to zrobić i koniec!". Ćwiczyłem, aż padałem z nóg.
Najbardziej podobały mu się zajęcia z jazdy samochodem, bo była to jedyna rzecz, w której miał jakieś doświadczenie. Uczył się ostrych manewrów jakie widzimy na filmach.
Skoki z wysokości
Potem przyszła kolej na większe wyzwania - skoki z wysokości i markowanie bójek. Na początku skakał z paru metrów na gąbki. Chodziło o koordynację ciała w powietrzu. Dużo gorzej poszło z walką wręcz. W wyniku błędów i niedociągnięć złamał nos.
- Właściwie złamał mi go kaskader, który mnie trenował - opowiada radomianin. - Za bardzo się wychyliłem i dostałem z łokcia. Jak zobaczyłem się w lusterku pomyślałem "O Jezu! No to będę miał pamiątkę na całe życie". Na szczęście trafiłem na dobrego chirurga, który zadał mi jednak wiele bólu jakimś wkrętakiem. Bolało niesamowicie. Gdy skończył prostować jedną przegrodę, odetchnąłem z ulgą, a on: "No to teraz druga".
Po tym wypadku pan Jerzy był już zbyt nieugięty, by zrezygnować z udziału w programie. Szybko wrócił do treningów. Przełamał barierę.
Najtrudniejsze zadanie pojawiło się w samej końcówce szkolenia - skok z wieży strażackiej z wysokości 9 metrów.
- Wiedziałem, że byłem dobrze przygotowany, a mimo to przyszedł moment zawahania - relacjonuje pan Jerzy. - Miałem skoczyć, wykonać obrót w powietrzu i spaść na plecy. Ale pojawiła się myśl, że jeśli obrót się nie uda, to spadnę na głowę i żadne gąbki mi nie pomogą. Zablokowałem się i powiedziałem, że nie skoczę. Gdy zszedłem na dół, Rysiek Janikowski, szef kaskaderów zaczął mi wjeżdżać na ambicję. Więc wszedłem ponownie, przełamałem strach i... skoczyłem. Niestety TVN wykorzystał moje zawahanie do zbudowania napięcia i tego nie pokazał. W programie, gdy miałem skoczyć z dachu, wyglądało to bardziej efektownie. Widz do końca nie wiedział, czy po rezygnacji z zadania odważę się skoczyć czy nie.
Udało się!
Po zakończeniu treningów przyszedł czas na nakręcenie krótkiego filmu, w którym pan Jerzy miał przekonać jurorów, że jest profesjonalnym kaskaderem. Grał bandytę, który kradnie walizkę pieniędzy, bije się, strzela, ucieka po fabrycznej hali, spada z drabiny, a potem z dachu na samochód. Z dziurą w brzuchu jeszcze się podnosi i ucieka z wielkim łupem. Identyczny film nakręcili trzej profesjonalni kaskaderzy.
Cztery filmy pokazano jurorom, między innymi Tomaszowi Raczkowi. Ich zadaniem było zdemaskować żółtodzioba.
- Każdy wytypował innego kaskadera, a nie mnie! - cieszy się pan Jerzy.-Tomasz Raczek powiedział nawet zaskoczony - "To super! Bo ten kaskader podobał mi się najbardziej!" Czuliśmy, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty. W całej serii programu "Druga Twarz" to był jedyny odcinek, w którym żaden z jurorów nie rozpoznał nieprofesjonalisty.
Po powrocie do pracy w PZU przez kilka kolejnych miesięcy klienci ciągle go rozpoznawali. W pracy zyskał przydomek Kaskader. Niektórzy żartowali z jego złamanego nosa: - "Nieźle cię tam dorobili" - usłyszał parę razy. Wszyscy byli ciekawi jak było, synowie prosili o pokazanie kaskaderskich trików.
Pomimo sukcesu w programie pan Jerzy nie miał zamiaru zostać zawodowym kaskaderem.
- Po pierwsze nasza kinematografia leży. To jest ciągła walka o pieniądze i angaże. Po drugie jest to bardzo niebezpieczne - argumentuje. - Kaskaderzy to są ludzie, którzy pomimo profesjonalizmu zawsze odnoszą jakieś urazy. Ja już swoją drogę zawodową wybrałem i nie zamierzam się przekwalifikowywać. Program zmienił moje nastawienie do kultury fizycznej. Zacząłem regularnie ćwiczyć. Poza tym mogę śmiało powiedzieć, że umiejętności które nabyłem naprawdę uratowały mi życie...
Zabrakło 30 centymetrów...
Piękny sobotni kwietniowy poranek ubiegłego roku... Pan Jerzy wyrusza na wycieczkę motocyklową na rozpoczęcie sezonu. Motory to jego pasja. Jeździ od siedemnastego roku życia... Tamtego dnia wybrał się do Kozienic. Przez całą trasę świetnie mu się jechało. Wracał już do domu, gdy nagle na ulicy Lubelskiej nadjeżdżający ford sierra wykonał nieoczekiwany manewr lewoskrętu i wjechał na pas motocyklisty. Od tej chwili wydarzenia potoczyły się błyskawicznie...
- Jak ford zaczął tylko wyjeżdżać z naprzeciwka, wiedziałem, że nie uniknę zderzenia. Mogłem tylko próbować zmniejszyć skutki - relacjonuje pan Jerzy. - O hamowaniu nie było już mowy, bo wówczas motor stanąłby dęba, albo by się przewrócił. Wówczas z całym impetem uderzyłbym w samochód i wtedy na pewno bym tego nie przeżył. Postanowiłem przyspieszyć i odbić lekko w prawo. I prawie udało mi się uciec. Zabrakło 30 centymetrów...
W momencie zderzenia w panu Jerzym uruchomił się mechanizm wpojony w programie "Druga Twarz". Momentalnie przypomniało mu się co należy zrobić - wykonać obrót w powietrzu i upaść na plecy. Godziny spędzone na skokach z wysokości na coś się przydały...
Mężczyzna poleciał z olbrzymią prędkością na odległość 50 metrów. Umiejętność koordynacji ciała w locie pozwoliła na wykonanie zamierzonego obrotu. Ale nie wszystko poszło gładko. Wypadek był naprawdę ciężki. Najbardziej ucierpiała lewa noga. Po upadku zobaczył, że leży ona w sposób bardzo nienaturalny, wielomiejscowe złamanie było ewidentne. Czuł wypływającą krew... Były też inne poważne urazy - pękniecie miednicy i ręki. Tych jednak nie odczuwał. Wszystko przesłonił narastający ból nogi.
Wizja amputacji
Przez pierwszych kilka dni po wypadku lekarze nie zrobili zupełnie nic przy nodze pana Jerzego, ponieważ bardzo poważnie rozważano możliwość amputacji. Mężczyzna dostawał jedynie silne leki przeciwbólowe.
- Dopiero po paru dniach ordynator podjął decyzję o włożeniu nogi na wyciąg -wspomina. - Najpierw należało poczekać przynajmniej na początkowe zrosty, by móc w ogóle podjąć operacje. Lekarze bali się, że jak zaczną coś robić to noga zupełnie się posypie. Woleli poczekać, aż zagoją się chociaż rany zewnętrzne.
Operację przeprowadzono miesiąc później. W październiku kolejna operacja. Mimo długotrwałej rehabilitacji nadal nie jest dobrze. Pan Jerzy wciąż odczuwa bóle i w wieku 34 lat porusza się o lasce. Wkrótce czeka go najbardziej skomplikowana operacja przeprowadzana metodą grawitacyjnego odsączania płytek krwi. Mężczyznę czeka też przeszczep z kości biodrowej. Pobrane tkanki mają wypełnić dziury w kości piszczelowej.
Jak się okazało, kierowca forda prowadził pod wpływem alkoholu. Nie posiadał nawet prawa jazdy, a samochód nie był ubezpieczony ani przerejestrowany. Pan Jerzy mimo ciężkiego wypadku trzy miesiące temu ponownie odważył się wsiąść na motor. Okazało się, że nie ma bariery psychicznej. Jazda nadal sprawia mu przyjemność. Dlatego na pewno nie zrezygnuje z pasji.
- Myślę, że wszystko w naszym życiu ma swój sens - mówi refleksyjnie. - W dniu wypadku miałem wracać zupełnie inną trasą. Ale może gdybym to nie był ja, ten pijany kierowca potrąciłby dziecko, które zginęłoby na miejscu? Jeśli tak, to lepiej, że trafiło na mnie. Obecny stan traktuję jako przejściowy. Wierzę, że wrócę do pełni zdrowia...
