::. REKLAMA
Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, 26-600 Radom, ul. Struga 60
Projekt, wykonanie i administracja: Robert Kotliński
Hosting; Onet.pl
Poland, Radom 2008
informator radomski
...................................................................................................
...................................................................................................
...................................................................................................
...................................................................................................
...................................................................................................
...................................................................................................
Jestem romantycznym pragmatykiem
* * *
Z Jarosławem Gerardem Podolskim, prezesem Towarzystwa Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, rozmawiał Krzysztof Żmudzin
Lubi Pan latać?
- Lubię. Zawsze imponowali mi ludzie odważni, przebojowi, a takimi są lotnicy. Kiedy byłem dzieciakiem, marzyłem o podboju podniebnych przestrzeni. Ostatecznie wybrałem inną profesję, cóż takie jest życie, ale jakiś czas temu powróciłem do marzeń o lataniu. Robię właśnie licencję pilota w Areoklubie Radomskim, znakomitym, jednym z najlepszych w Polsce. I bliskim mojemu sercu ze względu na pracujących tu ludzi. I, oczywiście, na miejsce, czyli Radom.
Nie do końca takie latanie miałem na myśli. Wiem, że często bywa Pan w różnych krajach, na różnych kontynentach. Pozazdrościć. Każdy by tak chciał.
- Ba, ale nie latam tam tylko jako turysta. To konieczność związana z obowiązkami służbowymi. Wyższe uczelnie, za które jestem współodpowiedzialny, są otwarte na świat. Dosłownie i w przenośni. Studiują u nas – mam na myśli Wyższą Szkołę Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Fryderyka Skarbka, Wyższą Szkołę komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia oraz Wyższą Szkołę Mazowiecką – młodzi ludzie z egzotycznych stron świata, którym staramy się pokazać Polskę poprzez zmiany, jakie zaszły u nas pod 1989 roku. Po studiach wrócą do siebie i staną się naturalnymi ambasadorami polskości w swoich krajach. Studiują ekonomię, administrację, organizację i zarządzanie, ubezpieczenia, turystykę i rekreację i wiele innych kierunków, których ukończenie wyposaży ich w profesjonalną wiedzę niezbędną specjalistom i menedżerom. W ramach strategii rozwoju uczelni odwiedzam liczne kraje spoza Europy, takie jak Nigeria, Senegal, Algeria, Kenia, Indie, Nepal, Bangladesz, Chiny, Wietnam, Uzbekistan i Pakistan, gdzie gołym okiem widać społeczne skrajności: od bogactwa, po skrajną nędzę. Są to społeczeństwa niesłychanie skontrastowane, „czarno-białe”, jak z reportaży Kapuścińskiego, gdzie ludzie walczą w sensie dosłownym o przeżycie. Od świata zachodniego dzieli je przepaść. Dlatego pomoc ze strony bogatszej części naszego globu jest im niezbędna. Młodzi w tych krajach muszą mieć perspektywę lepszego jutra, widoczną szansę, którą stworzy przede wszystkim edukacja. Obserwując naszych studentów, wiem, że dobre wykształcenie daje pewność siebie, pozwala poznać i zrozumieć świat, a przede wszystkim umożliwia podejmowanie właściwych decyzji. Uważam, że świadomość własnej tożsamości pełni kluczową rolę w życiu każdego człowieka.
Ale przecież nie jest to ze strony uczelni, które Pan reprezentuje jedynie działalność non profit.
- Oczywiście, jest to również dla nas jakiś biznes. W szkole prywatnej trzeba zabiegać o środki ze zwielokrotnioną energią, w porównaniu do edukacji publicznej, opartej głównie na dotacjach budżetowych. W Uczelni niepublicznej nie ma chwili wypoczynku. Ale broń Boże nie użalam się. Lubię ciężko pracować, być zajętym sprawami, które mnie pasjonują. Myślę jednak, że wysiłek jaki wkładamy w tworzenie perspektyw dla studentów z krajów tzw. trzeciego świata tworzy zauważalną nadwyżkę dobrej woli, której nie da się przeliczyć na pieniądze.
Mówi Pan o trzecim świecie, a jesteśmy w Radomiu. Podobno w skali krajowej biedy to także swoisty „trzeci świat”.
- Nie dramatyzowałbym aż tak bardzo. Rzeczywiście Radom został szczególnie mocno dotknięty negatywnymi skutkami transformacji ustrojowej i gospodarczej. W okresie PRL był znaczącym ośrodkiem przemysłowym, a takie marki jak „Łucznik” „Radomska Wytwórnia Telefonów” czy „Radoskór” były jednocześnie markami miasta. Nie trzeba było tworzyć żadnych wydumanych i przepłacanych, sztucznych logo, bo Radom firmowały jego znakomite wyroby. Niestety, lata 90. przyniosły likwidację wielu zakładów pracy, ludzie poszli na bruk i nie od razu stanęli na nogi. To tak jak z bokserem po nokdaunie – musi minąć kilka minut zanim odzyska sprawność i myślenie. Takie zjawisko obserwuję nad Mleczną. Radomianie to zaradni ludzie. Szybko pozbierali się i robią swoje. Z dużego ośrodka przemysłowego Radom przeobraził się w miasto handlu. Powtarzam, gdzie tylko mogę, że sama wiedza jest tylko namiastką sukcesu. Liczy się przede wszystkim chęć i inicjatywa. Z każdej przykrej sytuacji można wyjść na prostą i nie dać się do końca biedzie.
Jednak młodzi radomianie wciąż szukają szczęścia gdzie indziej, np. w Warszawie lub na wyspach brytyjskich?
- Tak, ponieważ bliskość stolicy, jej ogromny potencjał ekonomiczny i intelektualny to ciągle pokusa. W każdym z nas siedzi marzenie o ziemi obiecanej, gdzie wszystko mlekiem i miodem płynie. Stąd fala emigracji zarobkowej przede wszystkim do Anglii i Irlandii, stąd wyjazdy do Warszawy. Dopiero kryzys gospodarczy wykazał, że i tam nie wszystko złoto, co się świeci i może zabraknąć pracy. Za najczęstszą przyczynę emigracji podaje się brak perspektyw w swoim lokalnym środowisku – wsi, mieście. Myślę jednak, że wiele decyzji o wyjeździe warunkują doraźne emocje. Powtarzam: nie działajmy pochopnie. U podstaw wszelkich ważnych życiowych wyborów i decyzji powinna stać wiedza i rozsądek. Nadszedł czas, żeby radomianie szukali szczęścia u siebie, a nie płacili podatki obcym. Czy Pan wie, ilu tak naprawdę mieszkańców liczy Radom?
Jakieś 230 tysięcy.
- To tylko statystyka. Realnie nad Mleczną mieszka ok. 183 tys. ludzi. Pozostali, ci z nadwyżki statystycznej, żyją i pracują gdzie indziej. W Radomiu są tylko zameldowani.
Chciałby Pan ich ściągnąć z powrotem?
- Dlaczego nie? Każdy fachowiec z pozytywnym doświadczeniem życiowym, to bezcenny kapitał dla środowiska dotkniętego drenażem kadr. Ktoś taki może być świetnym pracownikiem albo kreatywnym pracodawcą inwestującym w miejscu, gdzie robi swój biznes. Ale oprócz odzyskiwania tych, którzy wyjechali, równie ważnie jest powstrzymanie odpływu z Radomia młodych ludzi.
Jak to zrobić?
- Pokazać, że i tutaj można się spełnić. Można realizować swoje pasje i kształcić się na przyzwoitym poziomie. Widzę w Radomiu ogromny potencjał ludzki i gospodarczy, dlatego z mojej inicjatywy, „Skarbek” w kooperacji z Wyższą Szkołą Dziennikarską, utworzył w Radomiu Międzyuczelniany Instytut Dziennikarstwa i Nauk Społecznych im. M. Wańkowicza. Wiemy przecież, że wielu młodych ludzi nie stać na studia w dużych ośrodkach akademickich, dlatego wychodzimy z naszą ofertą w Radomiu. Liczne radomskie uczelnie powinny kształcić kadry przede wszystkim dla potrzeb lokalnych czy regionalnych. Nic nie stanie się samo. Nauka, praca, sukces. Taka jest kolej rzeczy. Mottem „Skarbka” jest cytat z Żeromskiego: „Kopiuj mistrzów, dopóki sam nie zostaniesz mistrzem”.
Wiem, że dba pan również o własną edukację.
- Robię doktorat na UMCS. Praca jest bardzo zaawansowana.W przyszłym roku z pewnością przystąpię do obrony.
Zakasał Pan rękawy, chce się Pan wziąć za Radom osobiście? Przez czterdziestką osiągnął Pan tyle, że pozazdrościć. Ale z Radomiem niełatwa sprawa. Niejeden chciał dobrze i nie poradził.
- Radom to dla mnie wyzwanie, ale ja wyzwania kocham. Wytyczam sobie cel i dążę do jego realizacji. Uważam, że taka postawa jest miarą wartości i aktywności każdego człowieka. Jadę przez zatłoczone miasto i pytam, dlaczego wciąż niespełnioną mrzonką pozostaje tramwaj, którego koncepcję opracował przed laty prof. Michał Kelles-Krauz? Przecież to względnie tani, ekologiczny, bezkolizyjny środek lokomocji, który nie tylko ułatwia ludziom życie, ale podnosi rangę ośrodka, dodaje mu prawdziwie wielkomiejskiego sznytu. Pojawiły się postulaty powołania filharmonii. Filharmonia, w sensie obsady kadrowej, to sprawa dla zawodowców. Skąd brać ludzi? Czy nie lepiej pomyśleć wpierw o własnej wyższej uczelni muzycznej? Na początek mogłaby być to np. filia warszawskiego uniwersytetu muzycznego. Radom leży w środku obszaru, którego wierzchołkami są: Łódź, Kielce, Lublin – tam nigdzie nie ma uczelni typu konserwatorium. Dlaczego akurat Radom? Bo mieszkam tu i obserwuję na co dzień fenomenalny pęd do muzyki, zainteresowanie koncertami, festiwalami. O ile mi wiadmo, w radomskim zespole szkół muzycznych kształci się kilka razy więcej dzieciaków niż w takich Kielcach. To potencjał do wykorzystania. Tak jest również w wielu innych dziedzinach.
Jest w Radomiu wola, żeby czynić cuda?
- Pan pewnie z okazji świąt o tych cudach? Dla mnie nie ma w tym niczego cudownego. To wszystko można osiągnąć mądrym planowaniem i solidną organizacją. Trzeba mieć też odwagę, żeby robić to, czego nie umieli, nie chcieli robić inni. Jestem już takim pragmatycznym romantykiem i nic na to nie poradzę. Ale nie zamykam się w wieży z kości słoniowej, chcę dla Radomia pracować wychodząc z pokorą do potrzeb samych radomian. Dlatego w przyszłym roku planuję spotkania z mieszkańcami miasta. Będziemy wałkować do znudzenia każdy istotny problem aż dojdziemy do jakichś sensownych wniosków, które można zgłosić pod adresem władzy i domagać się zmian.
Wybrano pana prezesem Towarzystwa Inicjatwy Wydawniczych. Zgodził się Pan, bo…
- Nieprzypadkowo nasza uczelnia, myślę o WSHiFM, wzięła w Radomiu pod swoje skrzydła również studentów dziennikarstwa. Mówienie o medialnej naturze czasów, w których przyszło nam żyć jest oczywistością, tyle że Radom do własnych mediów nie miał nigdy za wiele szczęścia. Poza nielicznymi wyjątkami działały tu zawsze filie prasy kieleckiej i warszawskiej. Próbujemy to zmienić, a „Tygodnik Radomski”, którego wydawcą jest TIW, będzie przyczółkiem nowego. W planach jest witryna, radio, telewizja internetowa.
Dużo tego, aż trudno wszystko ogarnąć.
- Może dlatego uwielbiam jeździć do Nepalu.
- ...?
- Stamtąd widać dosłownie cały świat.
Dziękuję za rozmowę.

Jarosław
Gerard
Podolski,
ur. 1971, absolwent politologii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, podyplomowych studiów obronności państwa oraz studium bezpieczeństwa informacyjnego w Akademii Obrony Narodowej. Posiadacz dyplomu Master of Business Administration wydanego przez Erasmus University of Rotterdam. Doktorant wydziału politologii na UMCS w Lublinie. Fundator i pierwszy prezes Fundacji Rozwoju Edukacji Europejskiej i Bezpieczeństwa “Opus vitae”, założyciel Stowarzyszenia „Europejskie Forum Przedsiębiorczości” oraz członek Polskiego Stowarzyszenia „Dom Europejski” i Stowarzyszenia Obywatelskiego „Dom Polski”. Ulubione zajęcia: jazda na rowerze, żeglarstwo (posiadacz patentu żeglarskiego i motorowodnego), lotnictwo (w trakcie robienia licencji turystycznej pilota samolotowego), podróże zagraniczne. Autor kilku publikacji z zakresu edukacji europejskiej, obronności państwa i bezpieczeństwa narodowego. Redaktor Mazowieckiego Informatora Regionalnego. Zawodowo zajmuje się kontaktami edukacyjnymi i naukowymi z zagranicą; inicjator i sygnatariusz umów o współpracy Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych z uniwersytetami z: Chin, Wietnamu, Indii, Iranu, Egiptu, Tunezji, Maroka, Kenii i Pakistanu.